Bindowanie – ratunek przed utonięciem w stosie kartek

Z racji, że prawdziwy student nie obędzie się bez tak zwanej kampanii wrześniowej, a to mój ostatni rok na studiach – jakoś tak wyszło, że wszystkie egzaminy z sesji letniej przebukowały się na jesień. Jak robić takie rzeczy to przynajmniej z pompą. Tak, czy siak, po powrocie do Łodzi i dwóch tygodniach odpoczynku, trzeba było się zebrać w sobie i zacząć ruszać materiał do nauki.

Bindowanie – kiedy zszywacz już nie daje rady

bindowanie łódźKiedy zaczęłam drukować materiały do nauki, okazało się, że zebrała się z tego dosłownie wieża luźno latających kartek. Przez chwilę myślałam (a nawet spróbowałam) o połączeniu wszystkiego za pomocą zszywek, ale mój zszywacz przebijał maksymalnie 12 stron na jeden raz, a było ich sumarycznie z 400. Pospinałam w ten sposób pojedyncze kilkustronowe artykuły, po czym stwierdziłam, że sensowniejsze będzie jednak bindowanie łódź. Co prawda jeden bind kosztuje kilka złotych, ale nie wyobrażam sobie pracy z taką objętością materiału i podpisywania spiętych kartek na zasadzie „1/10 ; 2/10” tak, aby się nie pogubić. Dla osób, które nie wiedzą, czym jest bindowanie: jest to metoda łączenia większych ilości stron za pomocą bindy, którą może być elastyczna plastikowa listewka lub metalowa spirala, dzięki czemu nasze notatki za jednym ruchem zamieniają się w coś na wzór prowizorycznej książki lub zeszytu brulionowego. Koszt czegoś takiego to zazwyczaj kilka złotych, zależnie od grubości spięcia. Teoretycznie mało, ale czasem przekładając koszt bindowania na to, ile płacimy za ksero samych notatek – nie zawsze opłaca się to robić. 

 W tym przypadku zdecydowanie jedynie taka opcja miała sens. Z moim pedanckim podejściem do notatek i chaotyczną osobowością, nie wiem, co by było pierwsze – totalny bałagan w materiałach, czy moja psychika cierpiąca przekopując się przez wszystkie teksty w poszukiwaniu jednego zagadnienia. A teraz – pora na naukę.